Strony

wtorek, 31 grudnia 2013

Wstecz

"Jeśli spoglądasz wstecz i odtwarzasz w pamięci ostatni rok,
a z oczu nie płyną ci łzy radości albo smutku, uznaj go za stracony"
Ally McBeal :)


Moi Drodzy,
ostatni dzień grudnia to dla mnie co roku taki czas patrzenia wstecz.
Zatrzymuję się na chwilę i przywołuję to, co było. Żegnam się z tym czasem.
W ten sposób staję się gotowa na to, co przynosi przyszłość.

Gdybym miała opisać miniony rok jednym słowem, powiedziałabym, że był ciężki.
Pod wieloma względami.
Co nie znaczy, że pozbawiony pięknych chwil.
Lekcje, których mi udzielił nauczyły mnie bardzo wiele i mam nadzieję nigdy ich nie zapomnieć.
W przyswajaniu najtrudniejszych przypominałam sobie mądre słowa pewnej bardzo bliskiej mi Osoby:
Żeby życie nie było nudne, musi być trudne.

Dziękuję Ci Stary Roku za ten czas.
Jestem gotowa na to, co przyniesie Nowy.

A Wam życzę, byście patrząc na miniony rok uronili łezkę.
I by Nowy był dla Was łaskawy i bogaty w doświadczenia, których potrzebujecie do rozwoju.

Do zobaczenia w Nowym Roku!
:)))
Edith







sobota, 28 grudnia 2013

Brudna robota

Witajcie :)

Dziś miał być wpis o książce dla dzieci, ale będzie o książce dla dorosłych.
Przeczytałam z niej co prawda dopiero prolog, ale jest pisana takim językiem i jest w niej tyle bliskich mi myśli, że czuję, że będzie to jedna z moich ulubionych pozycji.

O czym mowa?
O "Brudnej robocie" Kirstin Kimball, którą Mikołaj zostawił mi pod choinką :)



Na zachętę jeden cytat, z prologu (wyróżnienia moje):
"Obsiane hektary stają się całym twoim światem i zaczynasz sobie uświadamiać, że to właśnie w innym świecie, który znałeś przed laty - w świecie dekoderów cyfrowych, mieszkań przypominających klatki, jedzenia na wynos, centralnego ogrzewania i klimatyzacji, w świecie, który niemal zupełnie pozbył się niewygód - że to właśnie tam byłeś czegoś pozbawiony, że tamten świat odbierał ci radość płynącą z pragnienia, wysiłku, pokonywania trudności i znaczących osiągnięć. Farma stawia wymagania i jeśli nie dasz jej dość z siebie, będziesz musiał się ugiąć przed pierwotnymi siłami dzikiej natury i rozkładu. Dajesz więc, a potem dajesz jeszcze więcej, dajesz do zupełnego wyczerpania. Dopiero wtedy farma odwdzięcza ci się obfitością i wypełnia po brzegi nie tylko piwnicę na warzywa, ale także to wyschnięte, zachwaszczone poletko, które nazywamy duszą."

Nie macie wrażenia, że to zupełnie jak z macierzyństwem, czy szerzej - z rodzicielstwem?

Pozdrawiam Was moi Mili w te ostatnie grudniowe dni!






czwartek, 26 grudnia 2013

Nie mam czasu

Trafiłam dziś na świetny tekst. W sam raz na przemyślenia świąteczno-końcoworoczne.
Przeczytajcie do końca! (No, chyba, że nie macie na to czasu.)

Nie przyjadę, Mamo, nie mogę, nie mam czasu.
Nieraz mówiłem – ale jeśli mówię, że mówiłem, to nie znaczy jeszcze, że nadal nie mówię – a więc nieraz mówiłem, że nie mogę, bo czasu nie mam. Nie widziałem jednak w tym nic niewłaściwego. Czujność nasza wobec nas samych jest znikoma w porównaniu z naszą czujnością wobec bliźnich. Kiedy więc słyszę u ciebie owo „nie mogę, nie mam czasu”, wojska moje od razu gotowe są do szturmu.
Mam dom, mam wóz, lokatę mam, kobietę mam, ale czasu nie mam. Mam tytuły, mam talenty, mam ambicje, no i władzę mam, ale czasu nie mam. Mam urodę, mam swobodę, zdrowie też właściwie mam, ale czasu nie mam. Mam stosunki, mam psa, mam Mamę, a nawet wyrzuty sumienia mam, ale czasu nie mam i nie dam.
Tymczasem, owo „nie mam czasu” nie mówi prawdy. „Nie mam czasu” ma na myśli bowiem każdorazowe konkretne >>to<< i znaczy: „nie mam na >>to<< czasu”, co z kolei znaczy: „>>tamto<< uważam za ważniejsze”. Zatem: „Nie przyjadę do Ciebie, Mamo, bo nie mam czasu” znaczy: „Nie przyjadę, bo >>tamto<< uważam za ważniejsze”. Nie mam na >>to<< czasu i nie będę >>tego<< robił, bo muszę, chcę, wolę robić co innego. Słyszycie, wy wszyscy potrzebujący i oczekujący, mówię wam, nie przyjdę, nie mam czasu. Rozumiem was i dobrze rozumiem wasze wyczekiwanie, ale mówię, nie mam czasu. Zajączku, nie mogę, ale od innych pewną będziesz miał załogę.
Miłosierny Samarytanin nie ma czasu, musi pędzić. Wiesz dobrze, ile w mym sercu miłosierdzia, ale nie mam czasu. Strasznie jestem zajęty. Gdyby biblijny Samarytanin był tak jak ja zajęty albo gdyby chociaż miał zegarek, zapewne by się nie zatrzymał. Ale ty przecież wiesz, kim jestem. Jestem profesorem, seksretarzem, prezydętkiem, królem-srulem, jestem najbardziej zajętym człowiekiem pod słońcem i nie mam czasu. Muszę już pędzić. – Królik spojrzał na zegarek i popędził dalej.
Jeśli jednak nie mam czasu, to mnie nie ma. Jeśli nie mam czasu, to jestem najbardziej zajętym trupem pod słońcem, choć muszę pędzić. Bo póki jestem, to nieprawda, że „nie mam czasu”. Właśnie mam czas. To, że jestem, znaczy właśnie, że mam czas. I jeszcze trochę tego czasu będę miał. Więc nie mów, że czasu nie masz, bo to tak jakbyś umarł. To po śmierci nie będziesz miał już czasu, ani trochę. Ale teraz właśnie go masz i rozporządzasz nim. Więc odwiedź swą starą, schorowaną matkę, która chętnie wierzy w to, że naprawdę nie masz czasu, i chętnie nie wierzy w to, że tyle innych rzeczy jest dla ciebie ważniejszych.
To ty jesteś czasem. Ty, twoje życie, to właśnie dany ci czas. I co uczynisz z tym twoim życiem, tj. z tym t w o i m czasem? Nie mów choć, że go nie masz, bo to tak jakbyś siebie nie miał, jakby coś innego ciebie miało, jakbyś niewolnikiem był. – Mamo, jestem w kajdanach, nie mogę przyjechać, przykuty jestem … – No, a do czegoś ty, synku, przykuty? A kto to cię, synku, przykuł?<
Jeśli zaś „mam czas”, to co właściwie mam? Wszystko to, co „mam”, należy do mnie, jest „moje”. Jeżeli więc „mam” czas, to jest to „mój czas”. Ten czas, który miałem i ten, który mam, i ten, który będę miał – jeśli będę miał – tworzą „moje czasy”. „Moje czasy” różnią się, na przykład, od „czasów Ludwika XIV” czy od „twoich czasów” tym przede wszystkim, iż są tymi rozgałęzieniami czasu, w których ja „panuję”. Jeśli tedy mówię, że „nie mam czasu”, to jakbym dawał do zrozumienia, że oto nie znajduję się we własnym panowaniu, że oto nie panuję nad sobą, lecz opanowany jestem przez coś innego czy kogoś innego. „Nie mogę”, bo to coś czy ten ktoś mnie „nie puszcza”. Widzisz więc, że to nie moja wina, że nie przyjeżdżam.
Kiedy jednak mówię „nie mam czasu”, wcale nie wyrzekam się wolności, lecz najczęściej właśnie ją potwierdzam. „Nie mam czasu” zazwyczaj bowiem znaczy „nie chcę”. „Nie mam czasu spotkać się z tobą” znaczy więc: „nie chcę spotkać się z tobą”. Ale jak ktoś naiwny, to niech myśli, że to jakoweś siły wyższe sprawiają, że ja, biedny, czasu nie mam, i to w ząb, i to nawet w trzeci.
A czy „mam czas” nie znaczy właściwie tyle co: „jeszcze mam czas”? To „jeszcze” znaczy, że „jeszcze nie teraz”, że jeszcze mogę zwlekać, bo jeszcze mam czas, że później, później … Tak, mam czas, dużo czasu. A więc, nie przyjadę, Mamo, bowiem „mam czas”. Wczoraj, w zeszłym roku nie przyjechałem, bo nie miałem czasu, a dzisiaj, a w tym roku nie przyjeżdżam, bo mam czas, mam jeszcze czas. Oczywiście, przyjadę, kiedy będzie już „najwyższy czas”, ale wtedy właśnie już nie będę miał czasu, a więc jednak nie przyjadę. Co za pech! Co to też z tym czasem się wyprawia! Albo nie mam czasu i nie mogę, albo mam czas i jeszcze nie muszę, albo … Oj, najwyższy czas, muszę pędzić. Wybacz, Zajączku.
Człowiek jest wolny. Człowiek sam decyduje o tym, czy „ma czas” czy „nie ma czasu”, czy ma czas dla swych najbliższych czy nie ma dla nich czasu. Sam decyduje, czy ma czas dla tych, którzy go potrzebują, czy nie ma dla nich czasu. Cóż to za prymitywny determinizm kryje się za owym wyznaniem: nie mam czasu, nie mogę. Przecież to kłamstwo. Przecież to nie w wyniku jakiejś przyrodniczej konieczności nie mam czasu dla własnej matki. Nie, nie. To w wyniku mego wolnego wyboru nie mam tego czasu, to ja sam decyduję o tym, że oto „nie mam, Mamo, czasu”, a ściślej – i po cichu – że „nie mam czasu dla ciebie”.
Jeśli jednak naprawdę „nie mogę”, to nie mówię, że nie mam czasu. Jeśli, na przykład, nie mogę przyjechać do Ciebie, Mamo, bo siedzę w więzieniu, to przecież nie dlatego „nie mogę”, że czasu nie mam. Jeżeli więc mówię, że nie mogę, bo nie mam czasu, jeżeli więc niby nie mogę jedynie dlatego, że nie mam czasu, jeżeli nie ma innej przyczyny jak jedynie ta, że nie mam czasu, to znaczy, że właśnie mogę, że właśnie mógłbym, tylko nie chcę, bo wolę robić co innego. Przyjacielu, gdybym umiał wypowiedzieć to tak jasno i wyraźnie, jak jasno i wyraźnie to widzę, to nikt, komu bym to ukazał, nie mówiłby już: nie mogę, bo nie mam czasu.<
Przemądry homo oeconomicus odkrył, że czas to pieniądz. I tu pojawia się dylemat. No bo faktem jest, że jako żywo nie mam czasu, ale pieniędzy to mam sporo. Gdybym wówczas miał dla ciebie czas, to forsy miałbym teraz zapewne mniej. Tak, czas to pieniądz, ale jeżeli już czasu nie mam, a pieniędzy mam trochę więcej niż trochę, to zamiast mojego czasu, Mamo, zechciej przyjąć te trzydzieści złotników.
Czas już kończyć, czasu mało.
Tekst pochodzi z książki J. Filka "Tajna wielkość twojego życia", a znalazłam go u Ani
.






wtorek, 24 grudnia 2013

W Cichą Noc rodzi się... mama

Była Wigilia Bożego Narodzenia 2011 roku. Właśnie wróciliśmy z Pasterki, takie wcześniejszej, odprawianej u nas o 22.00. Zdążyłam wziąć prysznic i położyć się do łóżka. Pół godziny po północy.

Wtedy się zaczęło. Chociaż do terminu jeszcze ponad tydzień. Szybki telefon do położnej, która po jakimś czasie była już u nas. 
To był najpiękniejszy prezent świąteczny jaki dostaliśmy - o 7.00 rano była już z nami nasza Córeczka, Marianka.

Rodziłam w blasku lampek choinkowych i świec, przy kolędach z gramofonu, w domu pachnącym piernikami. Piękniejszego porodu nie mogłam sobie wymarzyć.

Zdaję sobie sprawę, że poród domowy nie jest dla każdego, że wiele mam czuje się bezpieczniej w szpitalu. Dlatego do niczego nie namawiam, niczego nie propaguję. Dzielę się tylko z Wami jednym z moich najpiękniejszych wspomnień. Właśnie dziś, w wigilijną noc. W drugą rocznicę.



Na Święta

"Mędrcy"

jest łatwo wątpić
trudniej uwierzyć
zaufać
i wbrew rozumowi
ruszyć za gwiazdą
by znaleźć

J. Kotański



Moi Mili!
Życzę Wam na te Święta, byście potrafili, czasem wbrew rozumowi i temu, co mówią inni, ruszyć za gwiazdą. Bo tylko wtedy jest szansa na to, że znajdziecie. Tylko wtedy.

Wszystkiego, co dobre i piękne na Święta!!!
Wasza Edith




I najważniejsze:





PS. Będę tu dziś w nocy jeszcze raz, z bardzo ważnym dla mnie wpisem :)

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Dwa uśmiechy :) :)

Pewnie w wielu domach apogeum świątecznych przygotowań ma miejsce właśnie teraz. To całe sprzątanie (koniecznie wszystkich możliwych kątków, do których przez kolejny rok nikt nie zajrzy), gotowanie potraw, które po Świętach będzie się jeszcze miesiąc jadło, zakupy (bo przecież zawsze się o czymś wcześniej zapomniało).

I u mnie, w domu rodzinnym, tak było. I nie powiem - urok to swój miało. Nigdy nie było tak czysto jak w Wigilię, nigdy dom tak nie pachniał mieszanką świeżej pościeli, wypranych zasłon, choinki i potraw pyrkających na gazie. Tak - urok to swój miało niewątpliwie. Ale niestety i koszty, które wszyscy ponosili były duże. Jak dla mnie za duże. Nerwowa atmosfera (żeby koniecznie ze wszystkim zdążyć!), czasem kilka słów za dużo, w stresie wypowiedzianych, a na koniec wszyscy zmęczeni przy wigilijnym stole.

W domu, który teraz współtworzę, bardzo chciałam tego uniknąć. I choć pracy przed Świętami mam zawsze dużo, a kalendarz pęka w szwach od listy spraw do załatwienia, to jest jednak troszkę inaczej.
Z roku na rok spokojniej, łagodniej. Dom wysprzątany, choć nie wszystko w ostatnich dniach, więc na niektórych półkach delikatnie kurz się osadza - uczę się go lubić. Potrawy przygotowane z dużym wyprzedzeniem (co się da - pomrożone, żeby jutro już tylko rozmrozić i zajadać), prezenty wcześniej spakowane, żeby czasu nie zabrakło w tym dniu ostatnim.

Tak, jest spokojniej. I co roku uczę się tego spokoju bardziej i sobie (i sąsiadom swoim :)) przypominam pewnym króciutkim tekstem, że nie o placki tu chodzi. Naprawdę.



I jeszcze na dobranoc:


via Pinterest

sobota, 21 grudnia 2013

Winter is coming...

Teoretycznie, bo w praktyce przez całą noc padał u nas... deszcz. Mamy teraz kałuże po kolana, które nijak nie chcą zamienić się w zaspy śniegu.

Ale fakt jest faktem, że dziś pierwszy astronomicznej zimy, a to oznacza najkrótszy dzień w roku... Na pocieszenie - teraz będzie już tylko lepiej!!! :)))

A ponieważ zimy za oknem nie widać, raczę się jej widokiem na pięknych zdjęciach, których w internecie na szczęście nie brakuje. Tylko tak mi trochę smutno, że moja Córeczka nie będzie kojarzyć Świąt Bożego Narodzenia ze śniegiem... Tak dawno już go na Święta nie było...







Wracam do świątecznych przygotowań, a Was zostawiam z piosenką, która mi się dziś przyśniła, choć ani jej ostatnio nie słuchałam, ani o niej nie myślałam. Widocznie podświadomość też tęskni za białymi Świętami...



piątek, 20 grudnia 2013

Postój zimowy

I jak tam u Was przedświąteczne zabieganie?

Ja muszę przyznać, że choć z grubsza udaje mi się realizować zamierzone zadania, to grafik mam napięty.
Jednak każdego dnia staram się choć na chwilę zatrzymać, wyciszyć gonitwę myśli, zwolnić tempo.



Pomagam sobie kubkiem herbaty z podkradzionym z puszki pierniczkiem lub świąteczną muzyką, która rozbrzmiewa z głośników od czasu do czasu. A najczęściej w tych momentach zwolnienia towarzyszy mi Czesław ze swoim "Postojem zimowym".

Teraz też czas na przerwę - tym bardziej, że dziś piątek, czyli dzień, w którym staram się wygospodarować dla siebie odrobinkę więcej czasu i cieszyć się kąpielą z savon noir Marius Fabre (uwielbiam!) czy maseczką z glinki.

Uciekam więc zaszyć się w łazience, a Wam życzę spokojnego przedświątecznego czasu.
Zostawiam Was z Czesławem :)


sobota, 14 grudnia 2013

za dużo

W moim życiu ostatnio jest za dużo. Za dużo książek do przeczytania, filmów do obejrzenia, przepisów do wypróbowania, rzeczy do zrobienia przed Świętami. Za dużo jedzenia, planów, zajęć, obowiązków, myśli, notatek, zdjęć. Za dużo emocji, miejsc do odwiedzenia, spraw do ogarnięcia, mrożonek w lodówce, książek na półkach, zakupów do zrobienia, otwartych stron internetowych, zaległych gazet.
Potrzebuję, chcę, aby tego wszystkiego było mniej. Nie wiem, czy to efekt zimowego przesilenia, końcoworocznego zmęcznia (tudzież grudniowych refleksji), czy po prostu faktycznie jest tego wszystkiego za dużo. Dlatego jutro wykreślam. Najpierw spotkania, które wypada odbyć, a których wcale nie potrzebuję, a potem potrawy do zrobienia na Święta. Od czegoś trzeba zacząć.


zdjęcie znalezione kiedyś w internecie, niestety nie pamiętam gdzie

środa, 20 listopada 2013

okruchy Sycylii w moim domu

Gosię poznałam u Mimi. Wirtualnie oczywiście, choć mam nadzieję, że kiedyś dane nam będzie spotkać się również na żywo. Opowiadała w komentarzach o sycylijskich pysznościach, a Mimi od czasu do czasu zachwycała się nimi na blogu.
Potem Gosia wróciła do Polski, a wraz z nią sycylijskie słońce :) Otworzyła sklep, dzięki któremu to słońce co jakiś czas gości też w moim domu.
I powiem Wam moi Mili, że to moje kulinarne odkrycie roku! Przygodę z przysmakami od Gosi rozpoczęłam od oliwy (najlepszej, jakiej dane mi było spróbować!!!) i biscotti, które umilały nam nasze domowe uroczystości. Gosia oczywiście nie mogła przepuścić okazji, by obradować mnie również innymi smakami (pomidorki czereśniowe smakują zjawiskowo!). Potem przyszedł zachwyt czekoladą (nigdy wcześniej nie jadłam tak pysznej i żadna mi już nie smakuje tak, jak ta od Bonajuto!), a przede mną jeszcze wiele smaków do odkrycia :)
Jednym słowem to, że odkryłam Gosię i jej przysmaki to jeden z najlepszych kulinarnych momentów tego roku - prawdziwe smaki, naturalne produkty, tradycyjne receptury, czyli wszystko to, co w jedzeniu jest dla mnie najważniejsze.
Dziękuję Kochana :*






A na poniższym zdjęciu uczta, którą przygotowaliśmy przy użyciu gosinych specjałów - oregano i kapary biją na głowę wszystkie, których do tej pory próbowałam!


czwartek, 14 listopada 2013

listopadowe czasu umilanie

Nie wiem jak to się stało, że prawie miesiąc zajęło mi ujawnienie, co też miałam w planach zrobić z pokazanych w ostatnim wpisie składników. I nic nie mam na swoje usprawiedliwienie... no może poza zwykłym codziennym życiem i krzątaniną. Czas więc najwyższy nadrobić zaległości.
Tadam!


Oto ciasto na nasze ukochane pierniczki rustykalne, które już od prawie miesiąca okupuje lodówkę :)
Przygotowanie tych pierniczków to u nas już rodzinny rytuał. Najpierw, przynajmniej 6 tygodni przed pieczeniem trzeba przygotować ciasto, które po leżakowaniu w chłodnym miejscu rozwałkowuje się i wycina pierniczki :) A składniki na ciasto gromadzimy cały rok - w lutym ususzyłam skórkę pomarańczową, a z wakacji na Podlasiu przywiozłam dwa słoiki najlepszego miodu gryczanego jaki jadłam - właśnie z myślą o świątecznych wypiekach. Teraz już tylko pozostaje cierpliwie czekać na to, aż ciasto dojrzeje, by potem upiec pierniczki i wypełnić nimi świąteczne puszki, a potem brzuszki :)

W ogóle przygotowania do Świąt już u mnie dość mocno ruszyły - przy małej M. nie mogę sobie pozwolić na to, by wszystko robić w ostatnim tygodniu. Poza tym bardzo chcę uchronić siebie i moją rodzinę przed nerwowymi przygotowaniami na ostatnią chwilę, które to sama pamiętam z dzieciństwa. Przygotowałam już więc słoiczki żurawinowej konfitury do wigilijnego pasztetu i nastawiłam ciasto na staropolski piernik dojrzewający (które to ciasto razem z pokazanym powyżej zajmuje większą część naszej lodówki). Poza tym testuję różne wigilijne potrawy i powoli ustalam tegoroczne świąteczne menu. No i umyłam już połowę okien! :)

A niebawem pokażę Wam moi Mili moje kulinarne odkrycie tego roku i projekty nad którymi ostatnio pracowałam/pracuję. I obiecuję być tu wcześniej niż za miesiąc :)

piątek, 18 października 2013

no i nadszedł ten dzień :)

tzn. nadszedł wczoraj, ale zapomniałam, że wczoraj był 17-ty, więc dziś szybko nadrabiam zaległości.
Składniki przygotowane - za chwilę zagniatanie :)
Kto wie, co to będzie? :)
O efektach napiszę niebawem.



niedziela, 22 września 2013

Tak to już ze mną jest,

że zawsze mi szkoda, gdy lato się kończy. Urodziłam się w środku zimy, był pewnie gęsty śnieg, który skrzypiał pod stopami, a mróz przeszywał do szpiku kości, tak myślę. Pierwsze lata życia spędziłam w krainie nazywanej polskim biegunem, tam temperatura nigdy nie była zbyt wysoka. A mimo to lato to moja ukochana pora roku, kocham upały i to, gdy słońce swoimi promieniami ogrzewa mi buzię. Dlatego tak mi zawsze trochę smutno, gdy ten czas się kończy i nadchodzi jesień.
Tym bardziej, gdy lato takie krótkie jak w tym roku - ciepłych dni było jak na lekarstwo, nie zdążyłam dobrze wygrzać kości, zmagazynować w komórkach ciała tyle słońca, ile mi potrzeba, żeby przetrwać zimne pory roku. Dlatego jesień witam bez zbytniego entuzjazmu, ale mimo to z nadzieją. Bo przecież ciepłe swetry, grube skarpety, kubek gorącej herbaty w zaciśnięty w dłoni też potrafią ogrzać. Więc będę sobie szukać takich ocieplaczy. Postanowione!
A że jesień przy okazji potrafi być bardzo, bardzo piękna, to przecież wiadomo nie od dziś.
Dobrej jesieni! I pięknej!


poniedziałek, 16 września 2013

prezent

Dostałam dzisiaj!
Przez cały wieczór wertuję i łapczywie pochłaniam fragmentami.
To najlepszy prezent teraz, tuż przed szkoleniem doulowym.


czwartek, 12 września 2013

jesienny dzień

Rano spacer w kaloszach i zbieranie liści do bukietu.
Po południu wyprawa na kasztany.
Proste jesienne przyjemności. I tak jest dobrze.


poniedziałek, 2 września 2013

sobota, 13 lipca 2013

O książce co życie zmieniła

Bez cienia przesady mogę powiedzieć, że "W głębi kontinuum" Jean Liedloff zmieniła moje życie.
Nie pamiętam zupełnie, jak na nią trafiłam. Po nitce do kłębka, albo trafniej chyba: od linka do linka. Naprawdę nie pamiętam. Grunt, że miało to miejsce chwilę po tym, jak moje ulubione wydawnictwo Mamania, opublikowało polski przekład. Książkę od razu kupiłam (Mamania wtedy raczkowała i moje zamówienie miało numer co najwyżej -nasty :)) i przeczytałam, co zaowocowało tym, że jestem teraz mamą.
A nie od zawsze chciałam nią być...
Wyrosłam w rodzinie, w której Mama poświęciła całe swoje życie dzieciom. I taki też przekaz od niej dostałam - macierzyństwo to poświęcenie. Piękne, fakt, ale jednak w chwili, gdy zostajesz mamą, twoje życie nie jest już twoje, tylko twoich dzieci.
Poza tym jako dziewczynka, a potem młoda kobieta zewsząd bombardowana byłam sugestiami w stylu: najpierw szkoła, studia, praca, a potem dom, mąż, dzieci. Dzieci zawsze zdążysz mieć, a jak teraz nie będziesz się uczyć/studiów nie skończysz/nie znajdziesz dobrej pracy/nie nauczysz się języków (niepotrzebne skreślić), to przy dziecku będzie ci bardzo trudno/nie zrobisz tego. [Swoją drogą za te dobre rady mam chyba największy żal, bo gdybym ich nie słuchała, mogłam być mamą kilka dobrych lat wcześniej i to naprawdę nie byłoby za wcześnie].
Macierzyństwo jawiło mi się zatem jako kres samorealizacji. Inwestowałam więc w siebie - w edukację, samorozwój, poszukiwanie swojej życiowej ścieżki (nikt jakoś nie zasugerował mi wówczas, że może to właśnie macierzyństwo jest moją drogą, za to z wielu stron słyszałam, że mogłabym być lekarzem/prawnikiem/muzykiem, etc.). I wtedy właśnie, gdy kończyłam studia (kolejne, a jakże!), trafiłam na Liedloff i jej przekaz. A mówił mi on zupełnie coś innego od tego, co słyszałam wcześniej.
Mówił coś, co podświadomie bardzo chciałam usłyszeć i w głębi duszy wierzyłam, że tak właśnie jest.
Że macierzyństwo to szansa - szansa na rozwój, na odnalezienie swojej życiowej drogi, na poczucie spełnienia. Że macierzyństwo jest czymś naturalnym, kolejnym życiowym etapem, który nie przekreśla realizacji na innych płaszczyznach. Że macierzyństwo to radość, a nie tylko cierpienie. Że macierzyństwo jest intuicyjne, nie trzeba się go uczyć, a kobieta jest stworzona do bycia mamą i do bliskości ze swoim dzieckiem. Że macierzyństwo jest jednym z wielu życiowych zadań, a tylko przesadne skupianie się na dziecku skutkuje tym, że na inne nie ma siły/czasu/pieniędzy, etc.
Liedloff powiedziała mi coś, co bardzo pragnęłam usłyszeć: nie bój się być mamą. To zupełnie naturalne, to twoja droga. Nie żadne poświęcenia, matko-polizm, trud i znój. Nie patrz tak na to, po prostu bądź mamą. I chociaż nigdzie w tej książce nie jest to napisane wprost, właśnie to przede wszystkim od Liedloff dostałam - pozytywne spojrzenie na macierzyństwo.
A że przy okazji od spotkania z Liedloff rozpoczęła się moja fascynacja rodzicielstwem bliskości, to tylko skutek uboczny samego faktu, że przestałam bać się bycia mamą.
Gdyby nie Liedloff nie byłoby M. w ogóle, ale nie byłoby też domowego porodu, naturalnej, intuicyjnej opieki nad nią, ogromnej bliskości, jaka jest między M. a nami, jej rodzicami.
A kiedy w 2011 roku dotarła do mnie informacja o śmierci Liedloff, poczułam, że dzieło jej życia, jakim bez wątpienia jest "W głębi kontinuum", odcisnęło wielki ślad na moim życiu i jestem jej za to ogromnie wdzięczna.
Pamiętam, że pisałam na maturze z polskiego pracę o tym, że bywają takie spotkania, które w jednej chwili potrafią odmienić ludzkie życie. Moje życie odmieniło spotkanie z Liedloff i jej książką.


wtorek, 2 lipca 2013