Strony

poniedziałek, 26 maja 2014

26 maja

Odkąd sama jestem mamą, każdego 26.05 przeżywam na dwa sposoby - jak dotychczas, jako córka, a także już jako matka. I odkąd sama jestem mamą zupełnie inaczej patrzę na moją Mamę.
I dziękuję Jej.
A także Im - moim Córkom.

I kolejny już raz ten majowy dzień przeżywam z Katarzyną Groniec w tle.
I niezmiennie wzrusza mnie ten utwór.


Mała Ala

Moja M. uwielbia, gdy opowiadam jej bajkę o małej dziewczynce.
Zaczynam wtedy zwykle od nieśmiertelnej frazy:
Była sobie raz mała dziewczynka, o pięknym, przepięknym imieniu (tutaj M. dopowiada: Marianka).

Wam też opowiem dziś historię małej dziewczynki, która niestety bajką nie jest...

Była sobie raz mała dziewczynka, o pięknym, przepięknym imieniu Alicja.
Dziewczynka ta jest jeszcze malutka, ma niespełna cztery miesiące, jest pięć dnia starsza od mojej A.
Pewnego dnia z małą Alą stało się coś niedobrego - jej malutkim, zaledwie pięciodniowym ciałkiem zawładną wielki potwór o imieniu Guz. Zalągł się niepostrzeżenie w maleńkiej główce i rósł, rósł i rósł...

Historia Ali może mieć dwa zakończenia.
I wiecie co - to my możemy zdecydować jak się zakończy!
O pierwszym z nich nawet nie chcę myśleć.
Drugie pozwoli uwierzyć Ali, że żyje w krainie czarów :)
O wszystkim przeczytacie tutaj.

A ja dopowiem tylko to, o czym tam nie przeczytacie.
Dane jest mi znać osobiście Babcię małej Ali.
Spotykam się z nią od kilku lat 2,3 razy w tygodniu. Pani Beata sprzedaje nam bowiem świeże, naturalnie uprawiane warzywa. Zawsze takie (i tylko takie), na które jest sezon.
Pamiętam jej radość, gdy na widok naszej kilkudniowej A. opowiadała, że jej również przed paroma dniami urodziła się pierwsza wnuczka :)
Pamiętam strach w jej oczach, gdy opowiadała, że Ala ma ataki, po których traci przytomność, a lekarze w Toruniu wmawiają rodzicom przewrażliwienie i brak doświadczenia w opiece nad dzieckiem.
Pamiętam nadzieję w głosie, gdy mówiła, że Alę przewieziono do CZD, a potem jej nagły brak, gdy okazało się, że w Polsce operacja Ali na tym etapie jej życia nie jest możliwa.
Teraz przy każdej wizycie na straganie Pani Beaty widzę jej niesamowitą determinację, by środki potrzebne na operację Ali w Niemczech, udało się na czas uzbierać. Pani Beata potrafi poruszyć niebo i ziemię, by uratować swą pierwszą wnuczkę, by dać jej szansę na normalne dzieciństwo, a potem normalne życie.
Bo choć choroba Ali jest nie do wyleczenia, to przy odpowiednim leczeniu objawów, można z nią żyć.

Środki na operację Alicji można przekazywać tylko do 1-go czerwca. Możemy jej wspólnie sprawić piękny prezent na Dzień Dziecka!

Mam nadzieję, że gdy kupię u Pani Beaty pierwsze tegoroczne truskawki, które smakują u niej ciepłem i słońcem, na jej twarzy zobaczę ulgę. Ulgę, że wszystko się udało. Że jest dla Ali nadzieja.


poniedziałek, 19 maja 2014

Oj tam, oj tam

Wyrosłam w domu, gdzie ciągle problemy były.
Dużo problemów.
I życie polegało na tym, by je jako tako rozwiązywać, zanim nowe o swoim istnieniu powiadomią.
Bo przecież tych problemów w życiu mnóstwo, ach...
Bo stan podgorączkowy = problem,
4+ ze sprawdzianu = problem,
bałagan, ciągle ten bałagan = problem,
i znów pranie trzeba wstawić = problem,
i rozwiesić = problem.
Pies pożarł pół dywanu = problem,
i jajka wyszły na twardo, a na miękko miały być = problem.
Autobus uciekł = problem,
mleko kipi = problem,
na szynkę nie starczyło = problem.
Dzieciaki się kłócą = problem,
muzyka za głośno puszczona = problem.
Dużo zadane = problem,
nic nie zadane? = problem.
Oczko poszło w rajstopie = problem,
na wadze 3 kg za dużo u kogoś = problem.
U kogoś za mało = problem.
Tata chce oglądać mecz, a córka film (a telewizor jeden - takie czasy wtedy były, uwierzycie?) = problem.

I tak od dziecka, problemy i problemy.
A dziecko tymi problemami nasiąka jak gąbka i tak tylko świat widzi - przez problemy.
(Nota bene widziałam ostatnio jak półroczne dziecko pokazuje, że "ma taaaak dużo kłopotków"... ach...
Że słodkie to niby - no dla mnie nie, wybaczcie, naprawdę nie.)

I ja tak jak ta gąbka nasiąkałam, a potem wszędzie tylko powody do zmartwień widziałam. I jak rozwiązać te problemy główkowałam. I się zamartwiałam.

I tak mi zostało.
Aż w końcu powiedziałam sobie: dość!!!
Bo ja rozumiem, że są w życiu problemy, zmartwienia, kłopoty.
Ale jest ich relatywnie niewiele, a i z tymi co są jakoś, czasem lepiej, a czasem gorzej, ale można sobie powoli poradzić. A przynajmniej je oswoić.
Ale naprawdę nie jest tak, że każda życiowa czynność, każde zadanie do wykonania to problem musi być.
A takie ich postrzeganie naprawdę w niczym nie pomaga.
Bo przecież od tego, że biadolić będę na to, że nikt w tym domu oprócz mnie nie sprząta, że pogoda znów nie taka, że zupa była za słona... ach... od tego naprawdę nie będzie mi lepiej.
Więc już od jakiegoś czasu nie biadolę. I unikam ludzi, którzy to robią, a trzymam z tymi, co próbują jednak tę szklankę do połowy pełną widzieć.
I nie zawsze mi wychodzi oczywiście, no bo przecież tyle lat nasiąkania robi swoje.
Ale i z tego problemu nie robię - ot, otrzepuję smutki i frustracje, podnoszę głowę i idę dalej w kolejny dzień.
Robię to dla siebie.
Ale też dla najbliższych moich. Dla Męża, co by przy mnie nie osiwiał za wcześnie od tych problemów wszędzie widzianych. I dla Dziewczynek, żeby im niepotrzebnego bagażu na życie nie pakować. Bo dzieci jak te gąbki. Bo zapakować łatwo, a potem dźwigać całe życie... to problem.

Bo dzieciaki się ciągle kłócą...

A M. znów się telefonem bawiła, chociaż już ze sto razy mówiłam, że nie wolno...

I noże tępe tak, że szczypiorku pokroić nie można...

I zupę znów gotować trzeba...


Eh... no same problemy, mówię Wam... eh...

czwartek, 15 maja 2014

Rok

Dziś mija dokładnie rok odkąd zamieszkałam w tej przestrzeni.
Przez ten czas tyle się wydarzyło!























Dziękuję, że ciągle tu jesteście :)

List z raju

jaanno moja, Aniu kochana!
Zaparzyłam sobie herbatkę od Ciebie, zjadłam najlepsze ciastka z samopszy ever i siadam do tego wpisu, chociaż jest już grubo po północy...
Bo gdy wypakowałam wszystko co znalazłam dziś w paczce od Ciebie powiedziałam sobie - cokolwiek będzie, dziś musi być wpis! Wpis dla Ani.
Mail do Ciebie pisze się w mojej głowie już od kilku tygodni (że też nie wymyślili jeszcze takiego urządzenia, które zapisuje nasze myśli... eh...), na komentarz z poprzedniego posta też miałam odpisać już, już, teraz, zaraz. I ciągle coś. Ale wpis musi być! No musi po prostu! Bo Twoja paczka uratowała dziś mój dzień.

Bo są takie dni w życiu mamy, kiedy od rana wiadomo, że będzie słabo. Kiedy budzę się rano bardziej zmęczona niż się położyłam (a gdy pomyślę sobie, że przez ostatnie 2,5 roku nie przespałam bez pobudki ani jednej nocy to zastanawiam się jak długo jeszcze można lecieć w dół...), kiedy potykam się o suszarkę z praniem w korytarzu i stwierdzam, że o rety! kolejne dwa prania czekają na rozwieszenie, a to jeszcze wilgotne przecież, kiedy zaczyna padać deszcz 5 minut po tym, jak udało się w końcu wyjść z domu na spacer. Kiedy dziecię się zakrztusiło właśnie wtedy, gdy drugie chce kupę, aha, no i wtedy też, gdy obiad zaczął się przypalać. Gdy zabawy śliną to coś najfajniejszego na świecie i nijak nie można wytłumaczyć, że dziecko, tak się nie robi!
I kiedy listonosz puka, a ty myślisz sobie - kogo to znowu licho niesie?! kurcze, chwilę, muszę umyć ręce z tej mąki zanim drzwi otworzę. I kiedy myślisz sobie - czy to te portki dla M., które zamówiłam, czy książki, które kiedyś (nie wiem kiedy...) przeczytam.
I wtedy się okazuje, że Ktoś przysłał ci RAJ!
O rety! Od Ani! I już buzia nieśmiało się uśmiecha, bo przecież niczego się nie spodziewała, jak zwykle :)
Pierwsza myśl - otworzę wieczorem, na spokojnie, gdy dziewczynki pójdą spać. Ale potem nie można wytrzymać i biegiem po nożyczki!
I oczom ukazuje się RAJ :)
Bo Ania mi w paczce pół swojego ogrodu wysłała. I wszystko to doszło świeżutkie, jakby przed chwilą zerwane, rosą jeszcze zmoczone. Ach!
I zachwyt mój na cały dom słychać! I biegam i pokazuję - patrzcie: szczypiorek, lubczyk, i pietruszka (natka pietruszki mamo! - poprawia M.). I jeszcze rozmaryn i melisa cytrynowa (melisówka już była Aniu!, do obiadu!). I jeszcze... i jeszcze...
A wszystko to ręką Ani wyhodowane, okiem i sercem doglądane. Ach!
I ciasteczka z samopszy, i najpyszniejsza Mirabella. I herbatka jeszcze!

Aniele mój, Aniu, jak Ty o mnie dbasz!
Dziękuję Ci. Tak mało tylko mogę powiedzieć.
I jeszcze to, że Twoja paczka uratowała mój dzień.





sobota, 3 maja 2014

Uff...

Gdzie ja byłam, gdy mnie nie było?
Ehh...
Przygotowanie Świąt, a tydzień później chrzcin, przy dwójce małych dzieci, to nie lada wyzwanie!
Ale na szczęście jakoś daliśmy radę i już po!
Teraz odpoczywam, tzn. łapię oddech pomiędzy jednym a drugim kryzysem rozwojowym A., kolejnymi nowymi zębami M. i nocnymi karmieniami jednej i drugiej.
W głowie mam dziesiątki tematów na wpisy, które, mam nadzieję, niebawem sukcesywnie będą się tu pojawiać.
A dziś zrobiłam sobie wieczór dla siebie - maseczka z zielonej glinki z tonikiem z róży damasceńskiej i olej arganowy sprawiły, że poczułam się naprawdę dobrze w swojej skórze.
No i zaczął się maj - jeden z moich ukochanych miesięcy! :)



M. dzielnie pomagała w przygotowaniach do Świąt!


A. w sumie też :)


Dwa lata temu podobną białą szatkę wyszywałam dla M.


I menu również wiele się nie zmieniło :)



Majowe "Zwierciadło" stawiało mnie do pionu w trudniejszych momentach.


Na szczęście już maj!


Sezon piaskowych kąpieli rozpoczęty :)


A rabarbarowe dni zainaugurowało nieśmiertelne crumble wg Sophie Dahl.



Zaś hitem majówki okazała się kaczka nieboraczka!


A teraz pożyczam kocyk od A., zaparzam ulubioną herbatę i idę poczytać!